Blog > Komentarze do wpisu
Powrót Wasyla

Marcin Wasilewski zagrał ostatnie osiem minut regulaminowego czasu gry w ostatnim spotkaniu sezonu z Sint-Truiden. Zagrał to może za dużo powiedziane, bo jak sam przyznał, w tym czasie dotknął piłki raptem trzy razy. Nie to jest jednak najważniejsze. Po prawie dziewięciu miesiącach rehabilitacyjnej gehenny, faszerowania środkami przeciwbólowymi i gryzieniu poduszek, Wasyl zrobił dokładnie to, co od początku sobie zakładał. Symbolicznie podziękował kibicom za wsparcie. Z pełną zresztą wzajemnością. Na youtubie jest osiem parominutowych filmików poświęconych wyłącznie temu wydarzeniu. Przedstawiają one głównie stojącego przy linii bocznej Wasilewskiego, otrzymującego ostatnie wskazówki przed wejściem na plac gry. Już wówczas niemal dwudziestotysięczny tłum kibiców wstaje z miejsc i zaczyna się owacja. Wasyl stoi i klaszcze, po czym pojawia się na murawie zmieniając Jana Polaka. Wówczas rozpoczyna się prawdziwy tumult, którego polski obrońca - jak sam przyznaje - nie zapomni do końca życia.

Co ciekawe, kiedy dotarła do nas informacja o koszmarze Marcina, po pierwszym szoku, niedowierzaniu i pierwszych stronach internetowych z poparciem (nawet zczuba zmieniło "Spodenki Wasilewskiego" na "Wasyl, trzymaj się") natychmiast pojawiła się nadzieja granicząca z przekonaniem, że wróci. Wielu tak makabryczne złamanie kończyło kariery, a jednak zarówno w Polsce jak i w Belgii nie zastanawiano się "czy" tylko "kiedy" znów zobaczymy Wasyla. Wszystko przez reputację, jaką wyrobił sobie w Anderlechcie. Wasyl to twardziel, Wasyl to walczak, nigdy nie odpuszcza. To on wygląda tak, jakby zaraz miał złamać komuś nogę. Ale że jemu? I to jakiś młodzieniaszek Witsel?? Swoją drogą pare miesięcy później ten sam Witsel podjął nieudaną na szczęście próbę zahamowania kariery innemu piłkarzowi, Ronaldowi Juhaszowi z tegoż samego Anderlechtu. W Polsce po cichu liczono że wróci na Mistrzostwa Świata w RPA. Na jego szczęście nie musiał. W Belgii z kolei, że pomoże drużynie w ostatnich meczach walki o prymat w Jupiler League (tak apropo, Juliper to kiepskie piwo, jeśli możecie, to pijcie coś innego). Też nie musiał. Jego Anderlecht zapewnił sobie tytuł już w kwietniu. Mógł więc Marcin spokojnie przygotowywać się do symbolicznego powrotu.

Swoją determinacją i osiągnięciem zamierzonego celu zaimponował. W zasadzie zrobił więc to, do czego już od dawna wszystkich przyzwyczaił. W Polsce Wasilewski miał opinię co najwyżej solidnego, niezwykle twardo grającego obrońcy. Taki Hajto, wersja 2.0 z gorszym wrzutem z autu. Jego kariera nad Wisłą nabierała rozpędu powoli. Konsekwentnie jednak piął się po drabince coraz lepszych klubów. Hutnik, Śląsk, Wisła Płock, Amica i w końcu poznański Lech. Tam w początkowej fazie sezonu 2006/07 imponował niebywałą wręcz jak na obrońcę skutecznością i długo znajdował się na czele najskuteczniejszych strzelców klubu z sześcioma bramkami na koncie. Jednak po bardzo udanej rundzie jesiennej, ówczesny trener Franciszek Smuda raczej bez żalu rozstał się z Wasylem agrumentując, że jest paru piłkarzy którzy mogą go bez problemu zastąpić. Oferta Anderlechtu opiewająca na 800.000 euro nie mogła nie przypaść do gustu włodarzom dopiero budującym nowego Lecha.

Tym samym Wasilewski podążył tropem polskich piłkarzy, którym za granicą bez wątpienia się udało. Wybierali oni zazwyczaj klub z drugiej kategorii zachodnich lig, jednak zawsze w czubie tabeli i niemal zawsze w Lidze Mistrzów, ewentualnie w Lidze Europy. Tak zrobili przecież wcześniej i Michał Żewłakow i Jerzy Dudek i Ireneusz Jeleń, z tym że ten ostatni niemal w pojedynkę wywindował swój klub na taką właśnie pozycję.
W dodatku w Anderlechcie, poza Żewłakowem, znakomicie spisywał się również Tomasz Radziński (mówcie co chcecie, to Polak z krwi i kości). Miał więc Marcin Wasilewski szlak przetarty. Wystarczyło tylko przekonać do siebie trenerów, którzy, jak powszechnie wiadomo, z definicji uwzięli się na Polaków. Wasyl przekonał. Pewnie tym, co robi najlepiej, czyli walką, walką, walką i - to też mimo wszystko w Europie cenią - grą w piłkę! Zawsze pare bramek w sezonie, zawsze w pierwszym składzie, od tego sezonu do feralnej kontuzji wykonywał w zespole rzuty karne! Jeśli Wasyl porządnie przepracuje okres przygotowawczy, w wszyscy wiemy że tak właśnie się stanie, to po powrocie do dawnej formy tylko patrzeć jak zostanie kapitanem swojej drużyny. Póki co jednak, Wasyl trzymaj się!

czwartek, 13 maja 2010, ciriaco

Polecane wpisy